las

poszła w las. las szumiał. szumiało jej w głowie po nieprzespanej nocy. kłąb myśli towarzyszył jej jak zwykle niezmiennie. już od dłuższego czasu przestała z nimi walczyć. niech się kłębią, czasem nawet coś mądrego się przez nie przedrze. choć więcej śmieci. nie szkodzi. szła. długo. czasem obracała się wokół własnej osi. własna oś. czuła własną oś i obrót wokół niej, zawsze, kiedy potrzebowała się obrócić. szła. nie spieszyła się. nawet się obawiała, że ma za dużo czasu. miała ostatnio dużo czasu. zawsze miała dużo czasu, ale ostatnio zaczęła to rozumieć. las oddychał noworocznym powietrzem. był przejrzysty, bezśnieżny. chłodny. czysty. było jej dobrze. nagle doszła do trasy. szybkiego ruchu. w przeciwieństwie do jej ruchu, który był wolny. zdziwiła się, że nie zauważyła tej trasy wcześniej. przecież od początku musiała iść wprost na nią? a może trasa po prostu wyrosła tu przed jej oczami w tej chwili. nie wiadomo. ale była niepokojąca. wcześniej w lesie było bezpiecznie. postanowiła więc zawrócić. chodzenie po lesie sprawiało jej najczystszą radość odkąd zrozumiała, że nie musi dojść donikąd. celem była droga. mogła zatem w każdej chwili zawrócić. zawróciła więc. ale pęd maszyn dochodzący z tyłu przerażał ją. obróciła się wokół własnej osi i jeszcze pół. stanęła przodem do trasy. teraz oddalała się od niej, wciąż mając ją na oku. szła wgłąb lasu, z powrotem, tyłem. znów było jej dobrze. wyciągnęła ręce z kieszeni i założyła rękawiczki. chodzenie tyłem wymaga innego ułożenia ciała. i nie patrzenia pod nogi. trzeba patrzeć wprost przed siebie. szła. myśli kłębiły się nie zważając na jej potrzebę ciszy. to nie szkodzi, myślała. szła dalej w tył do przodu wgłąb. doszła do rozstajów i zatrzymała się. usłyszała krzyk, najpierw cichy potem wyraźniejszy. spojrzała w górę. nad koronami drzew przelatywał idealnie harmonijny klucz ptaków. nisko. blisko. pozdrowiły ją i odleciały. zaczęła się śmiać. nie uśmiechać, tylko radować. śmiać. stała na rozstaju, to nie było dobre miejsce, by się ukorzenić. poszła więc w stronę, którą wskazały ptaki. weszła między drzewa. zaprosiły ją do kręgu. stanęła w środku. najbliżsi towarzysze zaopiekowali się nią. stała i patrzyła przez rozmyty obraz, który z dużą łatwością udawało jej się przywoływać już właściwie na zawołanie. ale nie umiała jeszcze utrzymać takiej percepcji długo. widocznie nie jest jeszcze gotowa. nie szkodzi. stała. czuła jak jej palce, stopy, wagina wypuszczają małe pędy, by szybciej wrosnąć. czuła swoje ciało. była taka maleńka wśród wysokich sosen i brzóz. jestem taka maleńka, myślała. jestem tu bezpieczna. to moje siostry i bracia. drzewa nie mają płci. choć to właściwie nieprecyzyjne określenie. drzewa mają płcie. są bardzo silnie kobiece i męskie. stała. poczuła potrzebę ruchu. zaczęła tańczyć i oddychać. trwała w ruchu. jej ciało było inne niż ciała jej braci i sióstr. jej trwanie oznaczało ruch. podążała za nim. zrobiło jej się cieplej. trawało to długo. bardzo długo. w końcu poczuła, że czas wracać. uklękła całując Ziemię. jesteś wspaniałą matką, powiedziała, dziękuję Ci, że wciąż mnie prowadzisz. zatoczyła krąg kłaniając się i dziękując każdemu drzewu, daleko aż po horyzont. zawsze tam gdzie się zwracała, drzewa odpowiadały wesołym tańcem koron i machnięciami małych gałązek. las ją pozdrawiał. podeszła do pierwszego drzewa z najbliższego kręgu. przytuliła je. poczuła więź i akceptację. oddała to samo. podeszła do kolejnego poczuła moc. oddała. kolejne ofiarowało jej zrozumienie. oddała jak potrafiła. podeszła do następnego… zaskoczyło ją to, co dostała. poczuła silne podniecenie. chęć zespolenia się teraz, natychmiast z nim, z nią, z kochankiem. z drzewem. kłąb myśli zaczął ją upominać. co ty wyprawiasz? co ludzie powiedzą? jacy ludzie, tu przecież drzewa, a ja się chcę z nim kochać i ono ze mną. jej ciało samo z siebie nie zważając na kłąb wpadło w rytmiczny wir. zrozumiała nagle wszystkie psy kochające się z drzewami. ale bała się brnąć. wstydziła się, najbardziej przed kłębem, który wszystko jednoznacznie oceniał. jesteś żałosna! zaczęła płakać, łzy wzruszenia zmieniły się w szloch bezsilności. pocałowała drzewo. jeszcze nie dziś, jeszcze nie umiem. wtuliła się w smukłe ciało kochanka. drzewo rozumiało. nie oddała się, ale odeszła z miłością. taką, na jaką dzisiaj ją stać. następne drzewo było szerokie, silne, wesołkowate. chichot. radość i odpuszczenie. kolejne drzewo dawało poczucie pewności. oddała całą sobą. miała pewność. ostatnie drzewo w kręgu miało dla niej wiadomość od lasu. tu jest twój dom. zawsze możesz tu wrócić. odeszła, by wracać gdzie indziej, ale powróci tu znów. do lasu. do domu.

las front page