MAURENIA

Rodzę u siebie

Siedzę w łóżku trzymając w ramionach mojego malutkiego, narodzonego kilka godzin wcześniej synka. W pokoju nie ma już śladu po niedawnym porodzie. Pokój jest mój własny i łózko też moje. Jestem szczęśliwa, że jestem u siebie. Niedawno byłam w swojej łazience, mogłam podmyć się naparem z ziół, zrelaksować we własnej wannie.
Cicho, z uśmiechem przychodzi do nas Wojtek. Ciągle widać w nim jeszcze emocje świeżo narodzonego tacierzyństwa. Przynosi mi maliny i awokado. Zajadam się pieczywem chrupkim z masłem. Wilczy głód po ciężkiej pracy. Cieszymy się razem tą ciszą po burzy. Już po wszystkim.
W pokoju panuje półmrok. Nowo narodzone oczy naszego synka mocno zaciskają się przy jaskrawym świetle. Świece i lampka wystarczą. W dzień zasłonimy okno. Za parę dni oczy przywykną do nowych warunków i mały człowiek będzie mógł wyjść na świat zalany światłem słońca.
Teraz dzidziuś śpi, czasami jeszcze posapując i popiskując jakby przeżywał wciąż na nowo niedawne trudne doświadczenia. Leży nagusieńki, pod kołdrą, wtulony między piersi, słuchając bicia serca. Pulsujący, kojący, znajomy dźwięk, tak niedawno słyszany z innej perspektywy.
W sercu czuję spokój, radość, dumę i satysfakcję. Urodziłam tak jak chciałam! Udało się! Samodzielnie wydałam na świat dziecko. Przywitaliśmy je sami – Mama i Tata. Od pierwszych chwil i nie przerwanie nasz synek przebywał w atmosferze pełnej miłości i akceptacji . Od początku i nieustannie nasz synek doświadczał całkowitego bezpieczeństwa i stałej obecności bliskich mu osób. Czuję wdzięczność dla przybyłej położnej za uszanowanie, nie inwazyjność i mierzenie „na oko”. Jestem szczęśliwa bo przyszedł na świat człowiek w godny, ludzki sposób. To właśnie ja wydałam go na świat. Ta świadomość jest dla mnie wspaniałą nagrodą, zwieńczeniem doświadczeń zaczerpniętych z dwóch poprzednich porodów i dziewięciomiesięcznych przygotowań.
Czuję radość i wdzięczność dla moich córek. Dzięki nim tak wiele się nauczyłam. Rano przyjdą poznać braciszka, przyniosą kwiatki, pierwszy raz dotkną jego małych paluszków i pocałują w główkę.
Teraz, kilka godzin po porodzie w moim sercu rodzi się pragnienie by powiedzieć wszystkim kobietom o prawdziwym cudzie narodzin. Pragnę krzyczeć: kobiety przebudźcie się! Już teraz wiem, że to prawda, że większość z nas może urodzić naturalnie, w zgodzie z własnym ciałem i duchem. Już teraz wiem, że możliwy jest poród całkowicie nieinwazyjny i beztraumowy dla dziecka. Już teraz wiem, że nasze ciało naprawdę wie jak rodzić, tylko nasz umysł o tym zapomniał.
Cieszę się, że odnalazłam w sobie siłę i świadomie zadecydowałam jak chcę rodzić. W czasie przygotowań do porodu doświadczyłam, jak bardzo wszechświat nas wspiera w naszych marzeniach i postanowieniach, potrzeba tylko trochę otwartości.


„Norma społeczna”


Gdy pierwszy raz zaszłam w ciążę, kwestia porodu i opieki nad dzieckiem była dla mnie dość abstrakcyjna i zupełnie nieprzemyślana. Szukałam różnych możliwości i informacji. Większość prasy dziecięcej i innych dostępnych publikacji oraz otaczające mnie kobiety były jednomyślne w kwestii gdzie rodzić. Oczywiście w szpitalu.

Mogłam naczytać się o istocie kontaktu dziecka z matką po narodzinach, czytałam o porodzie aktywnym, o samodzielnym wybieraniu pozycji do wypierania dziecka. Jakże byłam zdziwiona gdy ideały te runęły w zderzeniu ze szpitalnymi procedurami. Pojawiło się pytanie: Gdzie ta celebracja cudu narodzin? Gdzie przestrzeń do aktywności i inicjatywy rodzącej? Gdzie miejsce na instynkt i naturę?
Świadomość tego jak to powinno być i mało entuzjastycznie witane przejawy mojej intuicyjności i samowolki powodowały moje zagubienie i niemy opór. Czułam smutek i tęsknotę oraz wielką wewnętrzną niezgodę gdy zabierano dziecko na badania, kiedy powinno być ze mną i doświadczać nieprzerwanie mojej miłości i akceptacji. Wielokrotnie byłam zszokowana bezinteresowną złośliwością lub oschłością personelu w stosunku do kobiet. Słyszałam wiele słów które miały zastraszyć lub wpędzić w poczucie winy i w ten sposób zmusić rodzącą do uległości. Obserwowałam też niedelikatność oraz brak empatii w obchodzeniu się z nowo narodzonymi dziećmi. Wielokrotnie czułam jak naruszane są granice mojej intymności.
Narodziły się wspaniałe, kochane istotki, ale dopiero kilka dni po porodzie, gdy znalazłam się we własnym domu, mogłam się naprawdę tym faktem swobodnie cieszyć. Wreszcie mogłam zachowywać się naturalnie, spontanicznie, nie będąc stale obserwowaną i ocenianą. Ponoć i tak wiele zmieniło się w Polskich szpitalach na lepsze. Wierzę. Daleko jednak im do idealnych warunków w jakich powinno witać się na świecie nowego człowieka i uszanować kobietę w czasie porodu i połogu.


Bunt – brama do przejęcia odpowiedzialności


Wraz z trzecią ciążą pojawił się bunt. Bunt przeciwko temu, czego doświadczyłam w zderzeniu ze szpitalną rzeczywistością. Tak, wiem, wielu rodzącym i noworodkom uratowano życie lub zdrowie dzięki szybkiej interwencji medycznej. Jednak wielu badaczy tematu otwarcie mówi o tym, że większość komplikacji okołoporodowych jest tak naprawdę następstwem nie zawsze uzasadnionych interwencji medycznych oraz niepotrzebnym zakłóceniem kobiecie jej naturalnego rytmu porodu, badaniami i stresem wywołanym atmosferą i aparaturą szpitalną. Ja należałam do tej drugiej grupy.

Już nigdy więcej nie pozwolę, żeby ktoś wprowadzał w mój organizm substancje chemiczne, mające na celu zmusić mój organizm do porodu, jeśli ta decyzja nie zostanie uzasadniona rzetelnymi badaniami. Pooksytocynowe skurcze są bardziej bolesne i czasem prowadzą do niebezpiecznego przyduszania dziecka. Czemu udają, że spadek tętna dziecka nie ma nic wspólnego z podaniem oksytocyny?
Nigdy więcej nikt nie będzie mi rozkazywać gdy rodzę ani narzucać pozycji rodzenia. Nie zgodzę się przeć z nogami do góry, bez podparcia, w poczuciu nieefektywności i niemocy. Nikt mnie nie wkręci, w poczucie winy że to ja źle prę, ponieważ mam świadomość, że to pozycja na plecach jest niefizjologiczna. Czemu udają, że nie wiedzą, że na plecach i bez podparcia dla nóg, kobiecie jest o wiele trudniej rodzić?
Nie wyrażam zgody na nieuzasadnione nacinanie krocza, po którym czeka mnie bolesne szycie a podane znieczulenie uniemożliwia kontakt z dzieckiem. Czemu ignorują fakt, że najważniejszy po porodzie jest nieograniczony kontakt matki z dzieckiem, na rzecz rutynowych badań, zabiegów lub własnej wygody?
Nigdy nikt nie będzie na mnie wykonywał niejasnych w swojej zasadności zabiegów wbrew mojej woli. Jeśli ktoś chce cokolwiek zrobić z moim ciałem musi najpierw spytać i mieć dobre uzasadnienie. Nigdy nikt nie będzie mi zabraniać dotykać własnego ciała. Czy w momencie przekroczenia wrót szpitala moje ciało przestaje być moja własnością?
Nigdy więcej nie chcę mieć uczucia zniewolenia, poniżenia, bycia ocenianą czy ofukiwaną. Nigdy więcej nie chcę słuchać dochodzącego z oddali płaczu mojego badanego dziecka.
Nigdy więcej tłumu obcych wpatrzonych beznamiętnie w moje święte miejsce.
Nigdy więcej nie chce być traktowaną rutynowo wieloródką.
Podczas porodu chcę być wspierana a nie pozbawiona kontroli.
Kobiety! Dlaczego się na to godzimy? Dla iluzji bezpieczeństwa? Kto i kiedy nam wmówił, że poród jest niebezpieczny i wymaga hospitalizacji? Dlaczego narodziny człowieka stały się nieustannym oczekiwaniem komplikacji i przygotowywaniem się na nie. Oczywiście to też jest część tego co istnieje. Wierzę jednak, że wszystko co tworzymy ma początek w naszej myśli-idei. Także doświadczenia jakie nas spotykają. Ja pragnę świadomie tworzyć moje życie. Za myślą kryje się decyzja, której efektem jest działanie. Wybieram myśli-wizje pełne optymizmu a moje cele obieram z miłością, ufnością i otwartością. Chcę włożyć energię w działania przygotowujące mnie do pełnego, świadomego doświadczenia porodu. Chcę nastawić się na zaufanie naturze i instynktom. Chcę odkryć w sobie tą wewnętrzną kobiecą siłę, która pomagała nam rodzic od zawsze.


Moje prawa – prawa człowieka


Zrozumiałam! To JA rodzę! Ja i dziecko jesteśmy najważniejsi. Przy moim porodzie będą tylko tacy ludzie których sama wybiorę i zaproszę.

Urodzę w domu! Wybieram to dla siebie i mojego dziecka bo zasługujemy na to co najlepsze. Zasługuję na to by rodzić świadomie, przejawiając własna inicjatywę.
Zasługuje na to by odkryć w sobie pokłady kobiecej siły.
Mam prawo jako człowiek do intymności.
Mam prawo wyboru i postępowania według własnych przekonań.
Mam prawo marzyc i dążyć do celu.
Moim marzeniem jest dobry, naturalny poród.
Każde dziecko na pewno pragnie przyjść na świat wśród bliskich osób, w intymnej i radosnej atmosferze.
Każde dziecko pragnie szacunku w tym jak jest dotykane już od pierwszych chwil po narodzeniu.
Każde dziecko pragnie być mile widziane, chciane i akceptowane od pierwszych chwil, słysząc znajome głosy wypowiadające dobre słowa.
Każde dziecko pragnie okazania szacunku, delikatności i empatii dla siebie jako człowieka po bardzo trudnym doświadczeniu.
Dla każdego dziecka najważniejszy jest nieprzerwany kontakt z matką, który daje fundamentalne poczucie bezpieczeństwa. Dziecka nie obchodzi ile waży, mierzy ani, że jest „brudne”.
Każde dziecko chce się odnaleźć w nowej sytuacji i w spokoju nauczyć się oddychać.
Każdy człowiek pragnie odczuwać radość z życia, z tego, że po prostu istnieje.
Każdy pragnie być traktowany jak wyjątkowy, cudowny człowiek.
Ja chcę odpowiedzieć na te pragnienia.


Przygotowanie – oczyszczanie ciała, umysłu i ducha


Intuicyjnie czuję, że do dobrego porodu muszę się przygotować. Oczyścić i wzmocnić nie tylko fizycznie ale też psychicznie. Jeszcze nie wiem, że moje przygotowania będą zmaganiami z lękami, niepewnością, brakiem zaufania w swoje siły. Nie spodziewam się też, że będę czasem zachowywać się absurdalnie. Wraz z otwartością uruchomi się intuicja.

Czuję w sobie wiele lęków. Dużo jest możliwych negatywnych scenariuszy. Włos się jeży na głowie. W poprzednich ciążach unikałam czytania o chorobach dziecka i powikłaniach okołoporodowych. Teraz postanawiam zmienić taktykę. Chce oswoić lwa. Nie unikam trudnych tematów, stopniowo oswajam się z istnieniem krwotoków, cesarek, nacinaniem krocza, ułożeniem pośladkowym itd. Nie omijam też zespołów downa, rozszczepionego podniebienia, chorób serca itp. Oglądam filmy z porodów na www.youtube.com, wiele w nich „fizjologii”- krew, krzyk, ból, główka, łożysko… Powoli akceptuję wszystko to, co jest.
Mam pomysł by iść na regresing. Odradzono mi. Teraz już wiem, że niesłusznie. Bardzo dobrze byłoby skonfrontować swoja traumę porodową żeby uwolnić związane z nią blokady.
Rezygnuję z chemicznych kosmetyków, całkowicie zastępując je naturalnym mydłem i szamponem a zamiast kremów naturalne oleje. Jakoś czuj się nieswojo myśląc o całej tej chemii przenikającej przez skórę do organizmu i dalej do dziecka.
Chodzę na jogę i dbam o regularny kontakt z naturą – drzewa, woda, ptaki…. Staram się łączyć z energią przodkiń – matek i Ziemią, oraz proszę je o wsparcie.
Staram się jeść jak najwięcej naturalnych pokarmów. Postanawiam odtruć organizm. Unikam cukru i rafinowanej żywności. Kąpię się w ziołach lub soli. Z radością poddaję się masażom.
Gdy tylko mogę i pamiętam, siadam w pozycji krawca – ze złączonymi stopami i piętami przyciągniętymi do krocza. Pomarańczowy to kolor wzmacniający macicę.


Siła kobiet – siła wsparcia


„Przypadkowo” zaczynam spotykać kobiety które rodziły w domu, lotosowo i mogą się podzielić doświadczeniami. Odbieram to jako dobry znak. Wszechświat szybko odpowiada na nasze decyzje i pragnienia.

Od Kasi słyszę, że jej znajoma medytowała w czasie porodu. Obiecuję sobie skorzystać z tego pomysłu.
Przychodzi też do mnie taka myśl, że jest taka praktyka żeby uśmiechać się tym narządem który potrzebuje zasilenia. Myślę sobie że taka otwarta szyjka macicy też jest takim uśmiechem.
Wsparcie kobiet, które już rodziły naturalnie jest nieocenione. W tej ciąży brakuje mi takiego miejsca, gdzie my, kobiety oczekujące dziecka mogłybyśmy pobyć razem, porozmawiać, wspólnie coś stworzyć, potańczyć. Tradycyjne szkoły rodzenia zaspokajają tą potrzebę minimalnie.
Potrzebę rozmowy, wymiany w tym wyjątkowym czasie, szczególnie mogę zaobserwować na zajęciach yogi. Gdy jesteśmy po zajęciach w szatni dziewczyny wykorzystują każda minutę, żeby o coś spytać, poradzić się albo podzielić się doświadczeniem lub wiedzą. Na zajęciach podziwiam inne ciężarne, patrzę na tę ich specyficzna aurę, charakterystyczną tylko dla kobiet w stanie błogosławionym. Są piękne.
Słucham opowieści Kasi o jej domowym porodzie. W internecie znajduje też opisy porodów Marii, Renaty i Darka. Te relacje są dla mnie dodatkową inspiracją a mój naturalny poród staje się bardziej realny.
Czytam o kobietach w Anglii które rodzą zupełnie same i trochę im zazdroszczę odwagi.


Położna – doświadczenie i bezpieczeństwo


Jedziemy poznać naszą położną. Wprawia mnie w zadziwienie swoim doświadczeniem i empatią. Gdy dotyka mojego brzucha, dzidziuś najpierw podskakuje z zainteresowaniem i ona to wyczuwa, wymawia słowa powitania. Potem kolejne wierzgnięcia sygnalizują, że już się kontakt nie podoba i ona to odbiera i zabiera ręce. Niesamowite. Po tych wszystkich zrutyniałych, nie wrażliwych „fachowcach”…


Poszukiwanie bezpieczeństwa – podążanie za intuicyjnymi potrzebami


Wewnętrzne uczucie niepewności, co do powodzenia moich planów porodowych, regularnie powraca. Jednak pragnienie i decyzja pozostają niezmienne. Gdy mam gorszy psychicznie dzień, jest mi trudno z brakiem wsparcia ze strony otaczających mnie ludzi, projektują lęki – po co mi one, kiedy mam swoje. Gdy mam dobry dzień, wszem i wobec opowiadam o moich wywrotowych planach, po cichu mając satysfakcje z ich osłupiałych lub strwożonych min. Na szczęście najbliżsi wspierają mnie w mojej decyzji, a jeśli nawet się boją to ukrywają to.

Czytam o haptonomii. Jest to specyficzne nawiązywanie kontaktu z nienarodzonym dzieckiem. Tą metodą pracuje się także z osobami w śpiączce. Niewiele jest informacji po polsku. Ciekawe wydaje się ćwiczenie gdzie trzeba sobie wyobrazić, że nasze łono to kołyska dla dziecka. Po tej wizualizacji czuję, jak moje ciało bardziej przyjmuje dzieciątko.
W pewnym momencie pojawia mi się w głowie zdanie „free of form” – „wolny od formy”. Chyba mamy nie przywiązywać wagi do tego jaka jest płeć dziecka. Od początku oboje czujemy, że to chłopiec. Próbuję uwolnić się od obciążenia płci. Wszyscy powinniśmy dążyć do harmonii energii męskiej i żeńskiej. Zasady są takie, że wcielając się, musimy jednak na coś się zdecydować. Jakby na potwierdzenie na usg dzidziuś nie chce pokazać jaka przyjął „formę”.
Niespodziewanie przychodzi do mnie imię dziecka, które noszę – Rohan. Wpisuje w wyszukiwarkę strony z imionami. Jest. Oznacza drzewo sandałowe.
Wreszcie przychodzi tzw. termin porodu. I nic. Mijają kolejne dni. Chcę mieć poród już za sobą. Męczą mnie te wahania nastroju. Raz jestem pewna, że będzie dobrze. Innym razem mam najczarniejsze wizje różnych powikłań i doła. Potrafią się te stany przeplatać po kilka razy dziennie. Ciągle mam takie uczucie, że dziecko nie rodzi się bo jeszcze czegoś nie zrozumiałam, tylko nie wiem co to jest.
Oglądam film Eleny – „Birth as we know it” o naturalnych porodach w Rosji. Oglądam go o piątej rano i płaczę co chwilę jak bóbr. Jak one pięknie rodzą, jakie te dzieci spokojne, obecne, całym sobą chłonące nową rzeczywistość. Moje pragnienie łagodnych, domowych narodzin potęguje się.
Rysuję obraz mojego porodu. Nazywam go „my roots are deep in mother earth”. Chcę zaznaczyć moje połączenie z Ziemią i prosić o jej wsparcie w czasie porodu.”Ziemia moim ciałem, woda moją krwią, powietrze oddechem, ogień siła mą”. Kobieta na obrazku jest w pasy w kolorach czterech ludzkich ras. Maluję też słońce i księżyc oraz cztery żywioły. Widzę, że namalowałam kobietę – siebie ciemną w środku, staram się biała kredka rozjaśnić jej energie wewnętrzne.
W czasie jednego z dołków dzwonię do Kasi. Przyjeżdża z Perianą. Już samo to, że po prostu są, że odpowiadają na moja potrzebę, wystarczy żebym poczuła się lepiej. Czuję się zaopiekowana.
Kilkanaście dni po terminie a ja nadal nie rodzę. Idę na ktg. Oczekując na moją kolej siedzę pod drzewem obok szpitala. Czuję ogarniające mnie poczucie bezpieczeństwa i łączności z przyrodą, pomimo, że to skwer w centrum Warszawy. Dostaję skierowanie na patologię ciąży. Bardzo zabawne, w ogóle się tam nie wybieram.
W końcu piętnastego dnia po terminie, wieczorem, zaczynają się skurcze. Dzwonie do położnej, mówi że jest po porodzie i potrzebuje się przespać, mam zadzwonić o drugiej w nocy. Tata mającego się narodzić dziecka, mówi, że jest zmęczony i może poczekam, aż się prześpimy. Jestem wkurzona. Tyle czekałam, w końcu coś się dzieje, a wszyscy którzy maja mi towarzyszyć idą sobie ignorancko spać.
Ja też idę spać. Rano budzę się, skurczy nie ma. Dostaję wielkiego doła. Jestem pewna, że właśnie mnie ominęła doskonała energia na mój wymarzony poród. No i teraz to mnie czeka już tylko najgorsze. Od rana milczę i mam łzy w oczach. Wojtek próbuje jakoś ze mną nawiązać kontakt. Bezskutecznie. W końcu wychodzę w celu zakupienia jakiś ładnych kwiatków, takich na grób. Zamierzam zrobić pogrzeb mojemu naturalnemu porodowi. W końcu kupuję bukiet róż. Wracam do domu i razem z Wojtkiem mamy ze mnie niezły ubaw.
Jedziemy odwiedzić dziewczynki. Jestem wkurzona, że ciągle im mówię, że jadę rodzić braciszka, albo że one muszą gdzieś jechać bo przecież ja zaraz urodzę a potem nic się nie dzieje. One też już na mnie patrzą z powątpiewaniem . Idziemy na plac zabaw, ewidentnie zaczyna się poród gdy bujam dzieci na huśtawce. Ignoruje bóle, pomimo że już nie mogę stać na nogach w skurczu. Przecież ja nie urodzę, nie będę się wkręcać, a tym bardziej znów okłamywać biednych dziewczynek.
Potrzeba odwiedzenia toalety zmusza mnie do pójścia do domu. Gdy wreszcie doczłapuję się na 4 piętro skurcze są naprawdę mocne. A my musimy jeszcze przejechać pół warszawy do domu. Na szczęście jest niedziela i nie ma korków. Dzwonimy do położnej żeby już jechała ale się nie spieszyła bo to dopiero początek.
Docieramy do domu. Pomimo skurczy wpadam w szał sprzątania. Wojtek też. Uwijamy się jak w mrowisku, chodzimy, przestawiamy, przygotowujemy. Gdzieś pomiędzy są moje skurcze. Ostatni raz okadzam mieszkanie oczyszczającą szałwią. Siadam na piłce i odnajduje „swoją” pozycję. Krążenia biodrami pomogą się „otwierać”. Teraz czuję, że już wszystko gotowe i mogę się wreszcie skupić na tym co dzieje się z moim ciałem. Boli coraz bardziej i przerwy między skurczami są coraz mniejsze. Wojtek zajmuje się swoimi sprawami w kuchni. Myślę, że instynktownie wyczuwa i szanuje moją potrzebę samotności. Ja cieszę się, że mogę się skupić na sobie. Wiem, że dzięki temu będzie szybciej i efektywniej. W poprzednich porodach niepotrzebnie traciłam czas i energie na zabawianie osób towarzyszących. Znam parę ćwiczeń, które przyśpieszały moje porody, ale nie chcę ich robić dopóki położna nie dojedzie. Wpadam na pomysł żeby sama sprawdzić rozwarcie. Jak to możliwe, że w szpitalu nigdy nie przyszło mi to do głowy. Czuję pod palcami kawałek twardej główki dziecka i łuszczące się na niej błony. Teraz wszystko staje się jakby bardziej realne. Rozwarcie jest małe. Przypominam sobie o uśmiechaniu macicą, rozluźniam się. Rzeczywiście pomaga.


Przebudzenie dzikiej kobiety


Czuje w sobie jakąś taką dziwną energię. Na pograniczu agresji. Czuje jak bym miała pobić każdego, kto będzie próbował zaingerować jakkolwiek wbrew mojej woli. Dziwne…. może to spadek po poprzednich porodach? A może to jakaś nie znana mi dotąd dzika część mnie?

Przypominam sobie o medytacji. Wizualizuję połączenie z Ziemią i Niebem. W wyobraźni „wyciągam” ból do góry, do nieba. I nagle wydarza się coś nieoczekiwanego. Czuje jakby ktoś wsadził we mnie taki energetyczny kij. Prostuje się całe moje ciało. Ból się zmniejsza i skurcze są jakby inne. Idę do łazienki. Chcę wejść do wody. Od przyjazdu do domu minęło może półtorej godziny. Nagle czuje skurcze parte. Sprawdzam rozwarcie, szyjka całkiem otwarta tworzy podłużną linie w poprzek główki dziecka rzeczywiście jak uśmiech. To chyba te słynne dziesięć centymetrów. Krzyczę do Wojtka, który właśnie rozmawia przez telefon z błądzącą położną. Ona radzi żebym uklękła w pozycji kolanowo-łokciowej. Wojtek wychodzi szukać położnej. Idę do pokoju i klękam na ziemi. Czuję, że główka już wychodzi. Wojtek wraca, bez położnej. Czuję w środku jakieś bulgotanie dzidziusia. Pomimo tego, że czytałam, że w pozycjach pionowych często nie trzeba przeć, że dziecko samo się rodzi siłą skurczy, postanawiam trochę poprzeć, ze względu na to bulgotanie. Wychodzi główka, trzymamy razem z Wojtkiem na niej ręce. Właśnie spełniło się marzenie Wojtka, by być pierwszym, który dotknie dziecka. Zamierzał o tym porozmawiać z położną jak przyjedzie, ale na razie nie dojechała. Mam uczucie ze Wojtek wpycha mi dziecko z powrotem, mówię żeby tego nie robił. Potem mi mówi, że był bardzo zdziwiony, że w ogóle coś takiego powiedziałam bo faktycznie wcale tego nie robił. Za chwilę przychodzi następny skurcz i całe ciałko wyślizguje się na zewnątrz. Odczuwam to i pamiętam naprawdę przyjemnie. Sama jestem zdziwiona tym doznaniem. Przytulam dzidziusia do serca. Chcę żeby słyszał ten znajomy dźwięk. Jest dosyć mocno rozżalony. Otulam go trochę pieluszką. Właściwie nie wiem co dalej robić. Wtedy przychodzi położna. Wszystko dzieje się idealnie. Uświadamiam sobie, że spełniło się moje niewypowiedziane marzenie by urodzić sama.
Mój synek miał cudowne narodziny. Takie jakie sobie wymarzyłam, do jakich się przygotowywałam. Jestem przekonana, że kontakt z dzieckiem po porodzie ma decydujący wpływ na narodziny bezwarunkowej miłości matki do dziecka i znacząco wpływa na ich przyszłe relacje. Gdy wybierałam szpital na miejsce narodzin moich dzieci kierowałam się lękiem przed powikłaniami, gdy wybierałam dom – kierowałam się miłością, wiarą i ufnością.
 

P.S. Nasz synek narodził się w pełni trzy dni po fizycznym porodzie. Tego dnia, Rohan zdecydowanym ruchem nóżek odłączył pępowinę i zakończył duchowe narodziny. Od tej chwili jego głos stał się silniejszy, apetyt większy a wzrok bardziej obecny. Witamy na Ziemi!


back witch 5