DAnka

RODZĘ

Rodzę. Jestem na nogach (a właściwie na głowie, bo to głowa nie śpi) już trzy noce. Skurcze są, ale nie narastają. Liczymy minuty, nieregularnie dręczona macica wyje o pomoc. Nagle, nad ranem leje się ze mnie lepka ciecz. Odeszły wody! Ocean wylewa, opuszcza mnie wraz ze swoją zawartością! Budzę przyszłego ojca.
„Nie mam teraz siły – mówi – jeśli się zaczęło, niech sobie rośnie, my się jeszcze prześpijmy. Dobrze będzie”.
Na szczęście słucham go i zasypiam. Trzy godziny koniecznego odpoczynku przed życiowym maratonem.
Budzę się o ósmej. Jem śniadanie, piję herbatę. Potem będą mnie głodzić.
Jesteśmy. Paniusia na izbie przyjęć wrzeszczy, że tak późno. „Zielone wody sączą się od czwartej nad ranem! Cesarka!” Ciekawe, skąd wytrzasnęli tę nazwę? „Powiedz im, że nie zgadzam się na żadną cesarkę! Mogę stąd wyjść w każdej chwili, nie zatrzymają mnie tu! Powiedz im coś!!!” „Nie bój się, dobrze będzie”. Moja siostra – przyszła położna – jedzie jak na sygnale. Ma tu praktyki. Może nic nie może, ale liczą się z nią, nie chcą źle wypaść. Mam szczęście.
Poród rodzinny. Ubierają go w elegancki biały garnitur. Wygląda wyjątkowo przystojnie, jak postać z czechowowskich popołudniowych pogadanek. Mam ochotę kochać się z nim. Teraz, w tym obłędzie, w tej sztucznej zimnej bieli, po raz ostatni przed przetasowaniem mojej kobiecości. Za oknem piękny jesienny poranek. Słonko świeci, jakaś staruszka przechadza się z psem. Słuchamy Boba Marleja. Po woli wpadamy w narkotyczny nastrój. To znaczy ja wpadam, ja i mój synek.
Wchodzi jakaś młoda ze strzykawką. „Co to jest?” – pyta przyszły tata. „Nie jestem upoważniona do udzielania takich informacji” – pada irracjonalna odpowiedź. W takim razie poprosimy kogoś, kto jest upoważniony. Przychodzi lekarz. „Antybiotyk osłonowy, ponieważ sączą się zielone wody, podobno nie chce pani mieć cesarskiego cięcia”. Pada pierwsza groźba.
„Ale gdzie jest maszyna do robienia piiip?!” Nerwowe podłączanie. Jest doktorze, proszę się nie obawiać, nikt nie wymaga od pana intuicji i czytania z oczu pacjentki, nie musi pan nawet na nią spojrzeć! Jest maszyna! Maszyna sprawdzi, zarejestruje, poda panu wykresik, jest pan bezpieczny!
Skurcze robią się wyraźne. Zaczynam chodzić jak lwiątko w klatce. Na razie tylko chodzę, ale coraz więcej drobiazgów mnie denerwuje. Wraca lekarz. „Proszę zrobić zapis”. Proszę związać kurczącą się w bólach macicę dwoma grubymi gumami i ucisnąć głowicami o średnicy średniej pomarańczy. Proszę wzmocnić ból, przywiązać rodzącą do łóżka, kazać jej leżeć, chociaż wszystko w niej chodzi. (Czyż nie mógłby to być mały czujnik przyklejony plasterkiem do brzucha? Żyjemy przecież w dobie mikroelektroniki!!)
Jeszcze wytrzymuję, słyszę miarowe pukanie serduszka. Jest zapis. Mogę wstać. Chodzić. Może by iść do Zakopanego i z powrotem? Zaraz wrócę, obiecuję. „Oddychaj!” Wdech, wydech, wdech, wydech. „Masuj mi plecy, proszę!” Mąż masuje. „Przestań mnie macać!” Mąż przestaje. „Dlaczego mnie nie masujesz, prosiłam!” Mąż masuje. Nie szarp mnie tak! Wraca lekarz. „Oj… tutaj nie ma skurczy, podamy kroplóweczkę, a jak nie ruszy się to tniemy.” Jakich kurwa skurczy? Przecież są. Panie doktorze, skurcze regularnie, co sześć minut. „yhm…” Wychodzi. Wbiega moja przerażona siostra. „Słuchajcie, oni mówią, że nie ma skurczy, musimy coś zrobić!”
Jestem już gdzieś indziej. Nie do końca rozumiem, o co im chodzi. Chodzić… chodzić. Może sobie trochę pochodzimy? Moja siostra, jest tym samym, co ja. Ciałem z ciała naszych rodziców. Nasza mama nas obie wynosiła. „Cholera, przecież to ta zepsuta maszyna! Ona nie pisze skurczy!” Biegiem po doktora. Przywożą nową maszynę do robienia piip. Związują mnie na nowo, tym razem tortura staje się nie do zniesienia. Zaczynam płakać; rozpadam się! Muszę chodzić! Skurcze z obwiązaną macicą są 100 razy mocniejsze!
Jest zapis. Są skurcze na papierze. Mogę rodzić sama. Uratowana. Dziękuję ci maszyno z trzeciego piętra.
Świat po woli odpływa, rozmazują się kontury. Nie do końca rozróżniam męża od pielęgniarek. Słyszę jakieś rozmowy zza szyby. Boooooli! Dam radę. Tylko, co ja właściwie tu robię? Gdzieś chyba idę, ale gdzie?
Przybywa położna. Badanko – rozmasowywanko. Pomoże mi troszeczkę, bym mogła szybciej się rozewrzeć. Włoży mi wielką łapę w trakcie skurczu i będzie masować szyjkę. Natura na pewno się myli. Rodzić należy szybciutko. Nie zgadzam się. Wyskakuję prawie przez okno z łóżeczka tortur. „Proszę ją trzymać!” – pada rozkaz. Nieświadomy mąż staje się moim prywatnym kapo. Ten ból jest najsilniejszym doznaniem w moim życiu. Po nim nie ma już nic prócz strachu. To koniec. Koniec mnie. Zionąca pustynia pustki. Ból istnienia. Skurcz ustaje. Wracam. Cała się trzęsę. „Rozluźnij się, masz całe ciało spięte, oddychaj!” Moje stereo wsparcie. Mąż i siostra. Oboje mnie kochają.
Następny skurcz. To tylko ból. Nie mogę się go bać. To nie ja jestem tym bólem. On minie. Oddech. Oddech. Oddech. Przypominam sobie modlitwę z mojej ukochanej książki „Strach zabija duszę…” Skurcz mija, tym razem wygrałam. Odpoczywam tryumfalnie.
Następny skurcz, następne zatrzymanie świata i następny powrót. W międzyczasie pomocne położne. Nie wiem już, kim jestem. Nie pamiętam o dziecku, nie pamiętam o sobie. Apogeum transu. Rozmycie się ego. Jestem procesem, który się we mnie rozgrywa.
„Popiera ją! Nie przyj dziewczyno, nie wolno! Teraz musisz chodzić!” Spacerek po krawędzi przepaści.
„Pełne rozwarcie!” Nareszcie skurcze parte. Sama przyjemność. Wiem już, że to koniec. Mogę coś zrobić, wreszcie działam. Prę! Z całych sił! Wyłaź mały człowieku! Wynoś się ze mnie!
Rodzę w kucki. Błogosławiona zmiana warty wśród położnych. Nowa, jest moją imienniczką. „Zrób kupę! Nie krzycz! Nie trać siły! Zrób teraz kupę!” Położna i reszta, leżą na podłodze zaglądając mi do cipy. Moja cipa nie jest teraz moja. Nie jest to intymne miejsce kojarzone dotąd z sikaniem i orgazmami. Stała się własnością społeczną. „Mama to pierwsza brama” – śpiewają zieloni. Moja brama się rozwiera, żeby wypluć następne pokolenie.
„Jest główka!” W tym momencie zaczyna się film science-fiction, który oglądam przez zaparowane szyby mego udręczenia. Rozkładanie fotela. Przenoszenie rodzącej. Ludziki w zielonych kitlach tłoczą się między moimi nogami. Całkiem niezły kadr!
Raz, dwa trzy i… przez nikogo nie proszony pan doktor uwala mi się na brzuchu. Ani moja siostra ani mój mąż nie zdążają protestować, ja zrozumiem, co się stało dopiero potem. Chlup… zielona maź z kosmicznymi oczyma ląduje mi na brzuchu. I to by było na tyle. Cały cud.
Obcinają pępowinę. Odsączają dziecku rurą nosek. Pierwsze społecznie uznane gwałty na powitanie w nowym świecie.
„Oni nie znają przecież płci!” – krzyczy przytomnie moja siostra. Ani ja ani nowo narodzony tata nie pamiętamy, że to ufo na mym brzuchu ma jakąś płeć.
Ona rozchyla nóżki. Dziewczynka. Płaczę. Z radości, bólu, zawodu, ulgi. Miał być chłopczyk. Przepraszam jej ojca za siebie, za nią. Cieszę się cholernie! To na ciebie czekałam! Witaj córeczko!
 
Poród dobiegł końca… Po porodzie następuje szycie. Podobno podano mi jakieś znieczulenie miejscowe, ale nie jestem pewna, czy podziałało. Byłam kompletnie wyczerpana. Po dwunastu godzinach „naturalnego porodu”, i trzech dobach poprzedzających go skurczy nie wiedziałam jak się nazywam. Jedyne, o czym marzyłam, to żeby dano mi wreszcie święty spokój. Chciałam pić, jeść, spać i nic nie czuć. Niestety od kilku minut sączyła się ze mnie stróżka krwi. Nie byłam na to przygotowana. Na filmach wszystko się szczęśliwie kończy w chwili pojawienia się dziecka. Następne obrazki to uśmiechnięci rodzice i dziadkowie. Niestety tu, w realnym życiu przez kolejne czterdzieści minut leżałam z reflektorem wcelowanym w moje krocze i grzebiącymi w nim ludźmi. Co chwilę pytałam, czy to już koniec a oni nie odpowiadali.
Aż w końcu wszystko nagle ustało. Personel dyskretnie usunął się z sali, zgaszono światła, dano mi pić i jeść. Zostaliśmy sami. W trójkę. My i ono. Patrzyliśmy i patrzyliśmy i nie mogliśmy się nadziwić, że cud może być taki zwyczajny…
Jestem rozsypaną układanką. Nowa konfiguracja starych elementów. Muszę na nowo wszystko poukładać w jedną całość i nauczyć się tej struktury. Poznaję siebie. Na razie niewiele o sobie wiem, zadziwiają mnie moje własne reakcje i potrzeby.
Zaczyna się „Życie”, rozdział drugi.
Próbuję uchwycić niejasność mojej natury, istotę życia. Jestem by mnie nie było. Dziura w moim kokonie energetycznym powstała z chwilą pojawienia się dziecka, jest prawie namacalna. Jej narodziny są niepodważalnym dowodem mojej śmierci. Mam postarzale o 10 lat ciało, piersi i brzuch pokryte pręgami rozstępów. Żar w moich oczach poszarzał, brak mi odwagi. Z łapczywą zazdrością patrzę na beztroskę nastolatków całujących się po przystankach. Jestem dorosła. Po raz pierwszy w życiu czuję powagę sytuacji. Żyję by umrzeć. Każdy dzień, każda zmarszczka nieodwołalnie przybliża mnie do ostatecznego. Wyrok zapadł już dawno, ale ogłoszono mi go dopiero teraz.
Z pokorą przyjmuję swoją nową rolę. Tak dużo dano nam w prezencie! Z podniesioną głową wyruszam na spotkanie życia. Już nie biegnę, idę spokojnie. Wiem, dokąd zmierzam.
Moja córeczka jest odpowiedzią na nie zadane nigdy pytanie.

PRZYJMIJ OWOC

Zaczęło się prawie z dnia na dzień. Ciężka choroba. Rano nie mogłam się zwlec z łóżka bez kawałka suchara z dżemem. Węglowodany chwilowo ratowały mi życie. Chwiałam się na nogach. Wyrzygiwałam z siebie radość oczekiwania i niepewność.
Zaczęłam się modlić. Panie Boże… Tylko cóż on mógł wiedzieć, biedaczek, o moich pękających kościach, o pojemniku, jakim się stawałam, o gościnności ciała w ciele. Nie rozumiał mnie, nie mógł. Stworzył sam siebie mężczyzną, żeby nie cierpieć. Mnie stworzył kobietą.
A jednak musiałam prosić o wsparcie. Zaczęłam nieśmiało przywoływać Matkę Ziemię. Matko Ziemio pomóż mi urodzić zdrowe dziecko. Wszystko inne nie ważne. Byle zdrowe było. Mówiłam Modlitwę: „Błogosławionaś Ty miedzy niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego”. Jednocześnie owoc żywota mojego pęczniał we mnie, rozpychał się łokciami przejmując kontrolę nad naszym ciałem.
Nie mieściłam się w swoje ubrania. Spuchły mi stopy. Po schodach do naszego stryszku wchodziłam na dwa światła. Elektryk projektujący włącznik nie przewidział dodatkowego czasu dla staruszków i ciężarnych. Pewnie był młodym mężczyzną.
Około piątego miesiąca poczułam pierwsze ruchy. Maleńka rybka pływała między moimi wnętrznościami. Od tej chwili mniej się bałam. Było tam. Dotykało mnie pierwszą nieśmiałą pieszczotą. Później, pod koniec ciąży waliło boleśnie ogromnymi stópkami.
Kiedyś wieczorem wracałam do domu ulicą Wólczańską. Na rogu stała grupka młodych chłopaków. Nosiłam wówczas warkoczyki i z daleka mogłam wyglądać dużo młodziej. Usłyszałam jak chłopcy naradzają się, żeby mnie poderwać. Kiedy zbliżyłam się do nich na odległość ok. 1,5m doleciało do moich uszu zdanie pełne zawodu: „Ale ona jest z brzuchem!” Po czym chłopcy jak na komendę odwrócili się tyłem. Sytuacja ta rozśmieszyła mnie, ale jednocześnie zrozumiałam wtedy, że straciłam swoją atrakcyjność seksualną i że dużo czasu upłynie, zanim znowu ją odzyskam.
Paradoksalnie im większy miałam brzuch tym lżej się czułam. Dziecko w łonie chce, żeby o nim pamiętano, kiedy go jeszcze nie widać przypomina o sobie szalejącymi hormonami, potem uspokaja się. Za to inni się rozkręcają.
Zaczęły się macanki. Wszyscy chcieli pogłaskać brzuszek, chociaż nikt nie pytał, czy może. Widocznie to nie mnie obmacywano w pobliżu łona, tylko nowego członka społeczeństwa. Moje protesty, jak z resztą wiele innych wkładano do torby z przewrażliwieniami ciężarnej. „Kobieta w ciąży jest trudna do zniesienia”. Ciąża jest trudna do zniesienia – próbowałam prostować. „Tak, tak”- kiwano z pobłażaniem głowami. Wszyscy współczująco odnosili się do przyszłego Taty. „Dasz radę, stary, przetrzymasz”. On na szczęście rozumiał. Kochał. Współ – czuł ze mną a przynajmniej się starał. Nie wiem jak poradziłabym sobie bez niego.
W dniu, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży postanowiłam nie rzucać studiów. Jeśli i tak będę przez jakiś czas unieruchomiona, mogę wreszcie „zrobić magistra”. Rzadko jednak chodziłam na wykłady, bo nie miałam siły wysiedzieć tyle godzin na twardym krzesełku. Przeczytałam stosy nieciekawych artykułów, wynajdując najróżniejsze pozycje leżąco – siedzące i pożerając nieprawdopodobne ilości wszystkiego, co się dało przełknąć. Przyszedł dzień egzaminu. Ze zdenerwowania prawie zemdlałam. Egzamin okazał się próbą ponad moje siły. Nie byłam w stanie się skoncentrować. Miałam dziury w mózgu. Byłam ciężarna umysłowo. Pomyliłam Sokratesa z Sofoklesem, pamiętałam tylko, że zaczynało się na „so”. Doktorek zdębiał. Jak można nie mieć tak elementarnej wiedzy? Czułam się upokorzona, ale dla mnie wówczas niewiele znaczyli ci zacni mężowie. To, co działo się w moim ciele było żywą historią, filozofią i dramatem…
Wybiegłam na ulicę cała zaryczana. Jakaś pani zapytała, co mi się stało. Nie miała w głosie troski, ale naganę. W ciąży się nie płacze…
Przygotowując się do egzaminów odwiedzałam bibliotekę publiczną. Żeby nie siedzieć w czytelni zmuszona byłam poprosić panią kierownik o wypożyczenie książek do domu. Wtarabaniłam się na trzecie piętro w celu zapytania o zgodę. Zapukałam do pokoju i nie usłyszałam zaproszenia. Odczekałam kulturalnie kilka minut nerwowo rozglądając się w poszukiwaniu krzesełka, którego na korytarzu niestety nie było, po czym zapukałam ponownie i nie czekając na „proszę” weszłam do środka. Pani kierownik rozmawiała z koleżanką przez telefon. Prowadziła wywód nad wyższością margaryny nad masłem roślinnym w procesie pieczenia ciasta. Zostałam grzecznie przy drzwiach, próbując na migi zapytać, czy mogę usiąść, ale pani kierownik nie zwracała na mnie uwagi. Czułam się wówczas, jakby w Polsce czas zatrzymał się w miejscu a ja znalazłam się świecie komedii Barei. Ponieważ stanie nie było dla mnie łatwe, przestępowałam, z nogi na nogę przez następnych kilka minut aż pani kierownik wreszcie skończyła rozmowę. Wstała zza biurka, podeszła do mnie i opryskliwym tonem zapytała: „O co chodzi?” Odparłam, że chciałabym pożyczyć do domu książkę, przeznaczoną do korzystania tylko w czytelni, i że trochę się spieszę, ponieważ zaraz mam wykłady. „A już myślałam, że zaraz pani urodzi.” Poczułam się jakby mi strzeliła w twarz. Czyżby wg Pani kierownik ciężarnym nie wypadało studiować? Czy też pokazywanie się z brzuchem w miejscach publicznych jest nietaktem?
Najsmutniejsze jest dla mnie to, że nieprzychylne traktowanie doświadczało mnie najczęściej ze strony kobiet i to kobiet dojrzałych, które prawdopodobnie same mają dzieci.
Tyłam w zastraszającym tempie. Świat nie jest przystosowany dla grubasów. W niektórych toaletach publicznych nie było wystarczająco dużo miejsca, żeby zdjąć spodnie mając przed sobą wielki balon. Jednocześnie wszystko wokół mówiło mi, że to bardzo nieładnie tak tyć. Prześladowały mnie artykuły w gazetach na temat modnych matek. „Mimo siódmego miesiąca, prawie nic po niej nie widać”. Bo dlaczego ma być widać? Jakim prawem pokazujesz światu dowód winy, nieczystości, seksu? Było gorąco, nosiłam podkoszulki odkrywające brzuch. „Zakryj to!”- powiedziała moja zawstydzona babcia. Jedna z moich koleżanek, ilekroć mnie spotykała wzdychała współczująco, racząc mnie jednocześnie opowieściami o spotykanych przez nią kobietach, które były zachwycone owym błogostanem i po których oczywiście nie było widać. Życzę ci tego – myślałam życzę ci z całego serca tak przebytej ciąży, podobno takie też się zdarzają. Ja niestety nie należałam do tych szczęśliwych. Przytyłam 24 kilo zamiast przepisowych dwunastu i czułam się potworem. Nie mogłam znaleźć odpowiedniej pozycji do spania. Przez ostatni miesiąc właściwie nie sypiałam.
I w końcu przyszedł termin porodu a dwa tygodnie później na świecie pojawiła się moja córeczka. To, co mnie spotkało w szpitalu, do którego w ogóle nie chciałam się udawać, to temat na kolejnych kilka stron.
Dlaczego piszę to wszystko? Czyżbym żałowała? Nie! Piszę, żeby zaprotestować przeciwko cichej zmowie milczenia. Przeciwko nazywaniu błogosławionym stanu, w którym naprawdę trudno wytrzymać. Przeciwko cholernym przesądom jakoby ciężarna przynosiła szczęście
(a szczególnie dotknięcie jej brzucha (!)). A przede wszystkim piszę to, bo mnie nie uprzedzono. Nikt nie mówił, że będzie tak trudno, że zostanie przetasowana moja kobiecość i samoocena. Kontakt z moją maleńką córeczką jest jak przebywanie z aniołem. Jest najpiękniejszym aspektem mojego życia. Nawet przez sekundę nie żałowałam tego cudu, który się we mnie dokonał. Próbuję tylko powiedzieć, że to kosztuje. Dużo kosztuje…
Mój bliski przyjaciel (kawaler, bezdzietny) zrobił mi pewnego dnia wykład na temat prawidłowego przechodzenia ciąży. Wyłożył mi pokrótce, jak powinnam się zachowywać, a czego robić, mówić i oczekiwać mi nie przystoi. Opowiadał o różnych znanych mu kobietach; kuzynkach, koleżankach z pracy, które w ciąży „nie zachowywały się taka jak ja”. Zastanawiam się, czy rzeczywiście te kobiety tak dobrze się czuły, czy po prostu milczały, bo nie potrafiły otwarcie żądać normalności?
Bo ciężarna to takie dziwo. Ni to kobieta ni dziecko. Niby dorosła, ma prawo decydowania o sobie, a jednak z dzieckiem w środku, o które należy dbać, co daje prawo każdemu, nawet obcym do pouczania przyszłej matki. Kobietę ciężarną traktuje się tak jak niepełnosprawnych, wzbudza powszechne zainteresowanie. Brzuch jest własnością społeczną.
Dziś jednak to wszystko mnie nie dotyczy. Mój brzuch zwisa sobie spokojnie a ja bawię się z moim maleńkim cudem. Dzisiaj mogę z radością i spokojem świętować Dzień Matki. Moja córeczka nie przyniesie mi jeszcze kwiatka ani nie narysuje laurki za to ja pobiegnę wycałować moją Mamę.
Moja córeczka jest nagrodą za grzech bycia kobietą.


back witch 5